…jego magnificencja, prof. dr. hab. “Kasabubu”… (archiwalne)

By masterlu

…i tu masz rację Pampers: Pisać można o wszystkim i wszystkich, homosowieticus jest bowiem wszędzie. Przykład ? Proszę bardzo:

Prof. “Kasabubu”, ( Uniwersytet Medyczny w P.), uzasadnia zmianę warunków kontraktów zawartych z dewizowymi studentami, słabym kursem dolara i wymogiem wysokich standardów nauczania. Na koniec puentuje wywód klasycznym zwrotem z poprzedniej epoki: „…Medycyna na prywatnych amerykańskich uczelniach kosztuje przynajmniej 40 tys. dolarów rocznie…”, co oczywiście w konfrontacji z czesnym u profesorka, wynoszącym przed zmianą 14,5 tys., a po zmianie raptem jakieś „marne” 17,4 tys. dolarów wygląda imponująco i spędza magnificencji sen z powiek.

Cóż więc robi wzmiankowany? Podnosi oczywiście czesne w trakcie roku akademickiego, mając w profesorskim poważaniu zapisy kontraktów, tak jak i ma całą resztę norm i form społecznych, a i biznesowy też, w okolicach gruczołu krokowego.

W końcu jego to sprawa, co gdzie ma i w jakim stanie, żal tylko serce ściska, że znowu jakiś człekopodobny tubylec z nadwiślańskiego kraju powoduje swoim, kuriozalnym postępkiem nie wpuszczania na wykłady anglojęzycznych studentów co najmniej wzruszenie ramion u amerykańskich bankierów, którzy – tu cytat z profesorka: „… Aby student mógł otrzymać pożyczkę, uczelnia musi spełniać odpowiednie kryteria, trzymać się wysokich standardów kształcenia. A to też nas kosztuje…” – a priori i w dobrej wierze kredytują coś, czego tak naprawdę nie ma według słów samego wzmiankowanego.

Cóż, amerykański bankier nie czyta rozpraw habilitacyjnych i doktorskich, profesorów prowincjonalnych, egzotycznych uczelni, nie czyta, bo nie musi. Jest federalny program, jest kasa, to płaci, ale nie według aspiracji biorcy, a według grafika dawcy, z czego powinna sobie magnificencja zdawać sprawę i cieszyć się tym, co ma, bo jak przegnie, to jakiś nowojorski prawnik puści z torbami nie tylko katedrę, ale i cały uniwersytet…

 

dopisek z 20 września:

…żeby było mroczniej i śmieszniej: U.O.K. –taka, krajowa instytucja chroniąca z urzędu prawa konsumenta, publikuje listę praktyk zabronionych i tam jak wół stoi napisane, że numerek wykręcony obcojęzycznym studentom przez profesorka, jest sprzeczny z prawem obowiązującym nawet w nadwiślańskim kraju…

…przed wojną to nawet cieć wiedział, co mu wolno, a czego nie, cóż dopiero profesor…

…ale to było dawno i nieprawda…

…dziś normy ustanawia habilitowany Kurtyka, absolwent U.J. i jakieś ni to, ni owo, to tu, to tam sprawujące urzędy, przynosząc tym swoim sprawowaniem wstyd i hańbę rodzinie, skądkolwiek by się nie wywodziła…

Tagi: , , , , ,