…o opcjach walutowych…

Chcąc, nie chcąc, natykam się co i rusz na wypowiedzi lub wywiady z przedstawicielami elit nadwiślańskiej prowincji, rozprawiających z niczym nie zmąconą swadą o kryzysie… 

Pomijam oczywiście populistyczne idiotyzmy w rodzaju tych choćby, zrodzonych w dewiacyjnej jaźni prezesa Pawlaka (ksywa “ZX Spectrum”)…

Natomiast te, autorstwa „ojców założycieli Odrodzonej” i Jej systemu społeczno ekonomicznego wydają się być godne odnotowania  przez wzgląd na ich niekoherentność fundamentalną w czasie i przestrzeni.

Czytając wywiad z panem Balcerowiczem, jednym z „ojców” właśnie, napotykam „drobną” manipulację polegającą na uogólnieniu, co przystoi może politykom i komentatorom niekompetentnym, ale na pewno nie osobie uchodzącej za specjalistę, ba, za jednego z guru europejskich w zagadnieniach strategii gospodarczej, finansach i reszcie instrumentów pochodnych tej sfery.

Upraszczając mój wywód przejdę do meritum:

W życiu jak w piosence „nic dwa razy się nie zdarza…” i kryzys z ubiegłego wieku nie jest starszym bratem bliźniakiem współczesnego, a do tego jego polski wariant jest innego rodzaju niż ten amerykański, angielski czy też chiński lub rosyjski i na imię mu „opcje” wyrażające się dziś ponoć kwotą 15 miliardów złotych strat krajowych przedsiębiorstw…

Z „opcjami walutowymi” spotkałem się pierwszy raz chyba w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku podczas uroczej biesiady z przyjaciółmi i przyjaciółmi przyjaciół. Tam to pewien dyrektor jakiegoś departamentu N.B.P. starał się usilnie przekonać mnie, że „na tym nie da się stracić”* i choć to było już po kolejnej flaszce, mimo wszystko nie uwierzyłem, co nie przeszkadza nam w dalszych, sporadycznych kontaktach, niezmiennie miłych i ciekawych tym bardziej, że znajomy pracuje teraz, a raczej sprawuje urząd, w pewnej, międzynarodowej instytucji finansowej…

Czy zmienił zdanie ? Nie wiem.

W kategoriach państwowych na to pytanie powinien odpowiedzieć pan profesor, pani Gronkiewicz-Waltz, pan Bielecki i jeszcze paru innych, których nazwisk nie pomnę, choćby ten, od polskiej „kuponowki”, gremialnie zaniedbali bowiem „rodzicielskiego” obowiązku, jakim jest edukacja obywateli poddanych eksperymentowi transformacji ustrojowej, co można, a co należy, kiedy i dlaczego, i z tej to przyczyny nie zasługują na poważanie jakiego oczekują, nie sądzę bowiem, że sami nie wiedzieli na czym polega istota wolnego rynku w sferze finansów, a jeśli faktycznie nie wiedzieli, to są uzurpatorami godnymi pogardy…

*piszę o konkretnej wersji opcji…